Kwartalni Nasze Inspiracje to czasopismo na temat zdrowia fizycznego, duchowego, psychicznego oraz relacji międzyludzkich.

Nasze Inspiracje


Nasze Inspiracje – wiosna 2014
W wiosennym numerze „Naszych Inspiracji” tematem głównym jest zaangażowanie na miarę odpowiedzialności. Zastanawiamy się, o co chodzi w twórczym oddziaływaniu na rzeczywistość wokół nas. Na co każdy z nas powinien mieć wpływ?

Ciekawe treści artykułów zachęcają do dobrych zmian, rozpoczynających się od nas samych, od naszego poczucia odpowiedzialności za konkretną sprawę. Zachecamy także do przeczytania artykułów na temat budowania relacji i komunikowania miłości, nie tylko najbliższym osobom. W numerze nie brakuje też artykułów na temat uzdrowienia. I dzisiaj możemy go doświadczyć w mocy zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. On jest naszym Uzdrowicielem i Uzdrowieniem.

Numer wiosenny jest poświęcony również takim cennym tematom, jak: mama na pełen etat, wpływ taty na rozwój dziecka i jego obraz samego siebie. Piszemy także o tym, jak rozwijać w sobie mentalność obfitości, o męskim sposobie doświadczania duchowych przeżyć oraz taktyce najlepszego zachęcania, którą pokazuje nam Pan Jezus. W numerze znajdziemy też aktualny zbiór dobrych wiadomości: DOBRY NEWS wiosna 2014; za każdą z tych wiadomości oddajemy chwałę Panu Bogu!

A w trosce o zdrowie fizyczne polecamy bardzo praktyczne artykuły na temat tego, jak zadbać o kręgosłup, jak również ciekawe informacje na temat żywności typu fast food, o których warto wiedzieć. Te oraz wiele innych, niezwykłych treści w wiosennym numerze. Zachęcamy do lektury!
ZAKUP NUMER
Ładowanie...
Fragmenty wybranych artykułów

Zaangażowani na miarę odpowiedzialności

Henryk Wieja - Zaangażowani na miarę odpowiedzialności

Bóg ma jedną, jasno określoną metodę na kształtowanie jakości życia na ziemi: poprzez ludzi, których umieścił na planecie Ziemia. Każdego z nas Bóg powołał i ukształtował do tego, byśmy wpływali na otaczającą nas rzeczywistość i dobrze zarządzali tym wszystkim, co znajduje się w sferze naszego oddziaływania. Jako ludzie wpływu otrzymaliśmy możliwość dokonywania wyborów. Każda decyzja, każdy wybór określają rodzaj i charakter wywieranego przez nas wpływu.

Wielu ludzi uważa, że nie ma żadnego wpływu na to, co się dzieje z nimi i wokół nich. Przy takim nastawieniu w automatyczny sposób przyjmują postawę ofiary, użalania się nad sobą i unikania wszelkiej odpowiedzialności za swój stan oraz za wszystko, za co tak naprawdę są odpowiedzialni. W Psalmie 115 zapisano, że Pan Bóg, który stworzył niebiosa i ziemię, pozostawił niebiosa w swojej sferze wpływu, zaś ziemię dał synom ludzkim, czyli oddał ją pod wpływ i panowanie człowieka (zob. Psalm 115:16). Zatem stan ziemi i tego, co się dzieje na ziemi, jest rezultatem wpływu człowieka. Niestety niewielu ludzi się nad tym zastanawia. I nie tylko nad tym, że mamy wpływać na to, co się wokół nas dzieje, ale i nad tym, jaki ten wpływ ma być.

Świadomi własnego wpływu
Bóg nie zmienia zdania: poddał ziemię nam, ludziom. Jego pragnieniem jest, abyśmy byli ludźmi dobrego wpływu, czyli wpływu inspirowanego tym, co jest w Niebie. By tak, jak w Niebie działo się na ziemi. Od tego zaczyna się modlitwa, której nauczył nas Pan Jezus: Bądź wola Twoja, jak w Niebie, tak i na ziemi (Ew. Mat. 6:10). Niestety często ludzie są nieświadomi swojego wpływu. Zwłaszcza destruktywnego wpływu na wszystko, co dzieje się wokół nich; wpływu na to, jaką atmosferę kształtują swoją postawą. Słowo Boże naucza, że każdy z nas wydaje „wonność”, czyli wydziela aromat kształtujący atmosferę panującą wokół nas (zob. 2 List do Kor. 2:15). W rezultacie inni albo będą chętnie przebywać w naszym towarzystwie, wręcz szukając kontaktu z nami, albo będą nas unikać. Ludzie o tzw. toksycznej osobowości sprawiają, że inni się od nich odsuwają. To z kolei utwierdza ich w poczuciu krzywdy i świadomym lub nieświadomym dokonywaniu dalszej destrukcji.

Wpływ na samych siebie
Warto przypomnieć sobie, że nie inaczej ma się sprawa z wpływem na siebie samych. To, na czym się koncentrujemy, na czym skupiamy uwagę, czym jesteśmy sami pochłonięci w myślach, ma duży wpływ na nasze samopoczucie. Mózg człowieka do sprawnego funkcjonowania potrzebuje trzech czynników: tlenu, glukozy i bliskich więzi. A zatem nawet nie wystarczy tylko biochemiczne zaspokojenie potrzeb mózgu jako narządu poprzez dostarczenie tlenu i glukozy. Mózg potrzebuje również hormonów, które są wytwarzane w organizmie pod wpływem relacji, które dostarczają dobrej energii.

Twoja postawa ma wpływ

Mateusz Wójcikiewicz - Twoja postawa ma wpływ

Jedno ze zdań, które często padają w społecznej ocenie trudnych sytuacji, to powszechnie znane stwierdzenie: „Ja nie mam na to wpływu”. Takie stanowisko, nie bez uszczypliwości, uważane jest nawet za naszą cechę narodową. Wydaje się, że można taką tezę postawić, gdyż nie od dziś stosuje się podobne wymówki tłumaczące brak działania. Sądzimy, że do rozwiązania sytuacji potrzeba odpowiedniej osoby, ale „na pewno nie mnie”. Jeśli ten tok myślenia utrzymamy, będziemy szukali samych specjalistów i wiele spraw pozostawimy nierozwiązanych. Tymczasem nasza postawa może mieć zauważalny wpływ.

Specjalista może w wielu przypadkach znacznie ułatwić rozwiązanie sytuacji. Jednak najczęściej problemy, które nas spotykają, wymagają od nas aktywnego, zdecydowanego działania. To bardzo ważna kwestia, którą warto podkreślić. Nasza aktywność i odwaga w działaniu, poprzedzone modlitwą, mogą przynieść rozwiązanie, o którym marzymy, a które wydaje nam się nieosiągalne.

Twoja postawa jest decyzją
Nasza postawa może demotywować albo inspirować. To dlatego charyzmatyczni przywódcy mają największy potencjał i mobilizują największe grupy. Chrześcijanin powinien być charyzmatyczny – powinien wywierać wpływ. Ta cecha jest bardzo pożądana w społeczeństwie. Biblia zachęca nas do porzucenia bierności, podejmowania dobrych decyzji, tak abyśmy naszym zachowaniem zachęcali innych do działania. Możemy mieć dobry wpływ – poprzez własną postawę. Przykładem takiej osoby był Józef opisany w Starym Testamencie. Postawiony nieraz w tragicznej sytuacji, rozumiał znaczenie bojaźni przed Bogiem oraz istotę dobrego wpływu. Ostatecznie z jego zdaniem liczono się nawet na dworze faraona.

Możesz mieć wpływ
To, czy zaczniemy działać czy pozostaniemy bierni, jest naszym wyborem. Musimy się jednak liczyć z tym, że bierność w każdej z dziedzin życia pozostawia pustkę, którą może zapełnić ktoś inny. Niewielu ludzi uświadamia sobie, że wskutek własnej bierności oglądają później złe następstwa, które boleśnie dotykają ich życia. Nasze działania oczywiście nie mają być pochopne, jednak nie możemy pozostawać bierni. Jeden z cenionych autorów książek, Bill Johnson, trafnie zauważa: „Jeżeli jakieś dziedziny życia społecznego uznajemy za ciemne, np. politykę, edukację czy media, to unikamy odpowiedzialności za nie. Przez to stają się one jeszcze ciemniejsze. Zapominamy, że cechą Bożego światła jest rozprzestrzenianie się. Jeżeli nas, chrześcijan, brakuje w tych dziedzinach życia społecznego, to znaczy, że oddajemy je ciemności”. Naszą odpowiedzią powinno być zaangażowanie w różnorodne sfery społeczne – w te dziedziny, w których chcemy oglądać dobre zmiany.

Rzeka uzdrowienia

Alina Wieja - Rzeka uzdrowienia

I dzisiaj można doświadczyć uzdrowienia w mocy zwycięstwa Jezusa Chrystusa. Jezus przyszedł na świat, by nas zbawić od zła, od grzechu i od wiecznej śmierci. On panuje także nad wszystkim, co ma swoje źródło w upadku człowieka, czyli nad chorobą, przemęczeniem, zniechęceniem, konfliktami. Chorzy ludzie, którzy szukają pomocy, czerpią ją często z różnych źródeł. Jednak tylko Jezus Chrystus jest prawdziwym Uzdrowicielem i Uzdrowieniem. On i dzisiaj ma moc, by przepędzić chorobę z organizmu człowieka.

Kiedy Jezus spotykał się z konkretnymi ludźmi, spotykał się z nimi zawsze w miejscu ich potrzeby. Czytamy w Ewangeliach, że każdy, kto przyszedł do Jezusa, doświadczał osobistej przemiany na poziomie ducha, duszy, a często też i ciała. Działo się to zarówno wtedy, gdy Jezus nauczał, jak i wtedy, gdy dotykał ludzi i ich uzdrawiał, podnosił z rozpaczy i wyprowadzał z miejsca niedoli na wolność.

Pierwszy strumień uzdrowienia
Pan Jezus powiedział o sobie: „Przyszedłem zwiastować Królestwo Boga Ojca, który Mnie bardzo kocha i który was bardzo kocha. Bóg Ojciec jest dobry, zawsze dobre są też Jego plany dla waszego życia”. Ofiara Pana Jezusa złożona na krzyżu za każdego człowieka jest kompletna i wystarczająca. Pan Jezus pokazał nam również, że dla Boga Ojca nie ma rzeczy niemożliwych. Ci, którzy wędrowali z Jezusem, widzieli ten niezwykły strumień uzdrowienia, w którym sam Jezus objawiał swoją moc: nad każdą chorobą, niemocą, zranieniami, a nawet śmiercią, gdy wskrzeszał zmarłych. Jezus nigdy nie zignorował osoby, która prosiła Go o uzdrowienie lub wstawiała się u Niego za innym chorym człowiekiem. Pan Jezus jednoznacznie pokazał nam, że wolą Ojca w Niebie jest uzdrowienie człowieka od choroby i uwolnienie od niemocy. On to czynił, by wypełnić wolę Ojca.

Drugi strumień uzdrowienia
Jezus też zapowiedział uczniom, że po Jego odejściu i zesłaniu Ducha Świętego każdy naśladowca Jezusa będzie mógł czynić na świecie te same, a nawet jeszcze większe rzeczy. Zapowiedział On drugi potężny strumień Bożego uzdrowienia, płynący już przez tych, którzy uchwycą się Go wiarą, idąc zwiastować ewangelię: Na chorych ręce kłaść będą, a ci wyzdrowieją (Ew. Mar. 16:18b). Duch Święty sprawia, że ten drugi strumień uzdrowienia płynie i dzisiaj w Kościele, w zgromadzeniu dzieci Bożych. Czytamy, że kiedy Jezus mówił o Królestwie Bożym, to przesłanie potwierdzał głównie znakami uzdrowienia z chorób i uwalniania ludzi od opresji demonicznych. Służbie uzdrawiania Pan Jezus poświęcił bardzo wiele uwagi. Zapowiedział, że po zesłaniu Ducha Świętego w Kościele będą się działy potężne rzeczy, a chwała będzie oddawana Ojcu w Niebie! Dlaczego? Służba uzdrawiania ma pokazać nam pełne miłości Boże serce. Z serca Boga Ojca nie pochodzą ani choroba, ani problemy, ani ciężkie sytuacje. Nigdy nie było Bożym pragnieniem, aby człowiek musiał zmagać się ze złem i chorobą.

Naucz mnie modlitwy

Tony Stoltzfus - Naucz mnie modlitwy

W procesie uczenia się modlitwy odkryłem, jak rozmawiać z Jezusem o naszej relacji, a nie tylko o interesach. To odkrycie zmieniło wszystko! Teraz rozmawiamy głównie o naszej relacji, o tym, co lubimy w sobie, co myślimy i czujemy. Rozmawiamy też o naszej przyszłości w Niebie. Natomiast znacznie mniej czasu poświęcamy moim następnym zadaniom czy błędom przeszłości. To mi się podoba.

Większość z nas nauczyła się modlić według pewnego schematu – wokół spraw dotyczących życia chrześcijanina. Prosimy Boga o pomoc w czynieniu właściwych rzeczy, modlimy się o członków naszej rodziny, aby poznali Boga, lub prosimy o błogosławieństwo dla zadań, które wykonujemy dla Niego. Gdy zrobimy coś niewłaściwego, w najlepszym wypadku prosimy Boga o przebaczenie, zazwyczaj jednak oskarżamy się i poniżamy przed Bogiem. Regularnie wracamy po Boże wskazówki i potwierdzenie kierunku, w jakim mamy iść. Chcemy być pewni, że robimy to, co podoba się Bogu.

Modlitwa zorientowana na interesy
Niegdyś mój czas z Bogiem tak właśnie wyglądał: poranna modlitwa była ciężką pracą. Nie powinno być w tym nic dziwnego, skoro moje modlitwy związane były właśnie z moją pracą lub moimi problemami. W większości moich modlitw wspominałem Bogu o „robieniu czegoś”, np.: „Panie, co chcesz, abym dziś uczynił?”, „Wybacz, źle to zrobiłem”, „Pomóż mi zrobić to lepiej” itd. Życie chrześcijańskie stało się dla mnie harówką. Tymczasem Bóg się uśmiechał – tak, uśmiechał! Widział, jak zaczyna się realizować Jego ukryty plan, aby przemienić moje zorientowane tylko na działania życie modlitewne. W tym procesie (a uczę się powoli, zajęło mi to 20 lat) odkryłem, jak rozmawiać z Jezusem o naszej relacji, a nie tylko o interesach. To odkrycie zmieniło wszystko! Teraz rozmawiamy głównie o tym, co lubimy w sobie, co myślimy i czujemy. Rozmawiamy też o naszej przyszłości w Niebie. Natomiast znacznie mniej czasu poświęcamy moim następnym zadaniom czy błędom przeszłości. To mi się podoba.

Naucz mnie, jak się modlić
Jak więc Jezus nauczył mnie modlitwy? Zachowam na później tę część historii, w której Bóg zburzył moje życie modlitewne, i przejdę do tego, jak zacząłem dostrajać się do nowego sposobu modlitwy. Kluczowy moment nastąpił, gdy pewnego razu spytałem Jezusa, co mam zrobić z pewnym trudnym przypadkiem w sesji coachingowej. „Jezu, nie wiem, jaką mam obrać strategię z tą osobą. Co chcesz, abym zrobił?” – to była modlitwa typu „O, Jezu, nie czuję się odpowiednio wyposażony; proszę, proszę, pomóż mi!”. Zadziwiła mnie Jego odpowiedź: „Dlaczego mnie pytasz? Lubię obserwować ciebie w akcji”. Słucham? Czy to znaczy, że Bogu sprawia radość, gdy podejmuję decyzje sam? Kiedy On, Stwórca, może obserwować, jak ja się rozwijam? A co z Bożą wolą? Dużą część mojego paradygmatu relacji z Bogiem stanowiła rozmowa z Nim, w której miał mi powiedzieć, co mam robić. Jednak Jezus wskazał mi na coś innego, czego mi brakowało.

Co się dzieje z miłością po ślubie?

Gary Chapman - Co się dzieje z miłością po ślubie?

Wyraź miłość zrozumiale
Chęć znalezienia romantycznej miłości w małżeństwie jest głęboko zakorzeniona w naszej psychice. Powstało mnóstwo książek na ten temat. Rozmawia się o tym w  rogramach radiowych i telewizyjnych. Mnóstwo porad można znaleźć w internecie albo uzyskać od rodziców i przyjaciół. Utrzymanie miłości przy życiu po zawarciu związku małżeńskiego to poważna sprawa. Dlaczego więc, mimo pomocy licznych ekspertów, tak niewielu parom udaje się odkryć tajemnicę utrzymania wzajemnej miłości po ślubie? Jak to możliwe, że para udaje się na warsztaty z komunikacji, poznaje cudowne sposoby na to, by się lepiej porozumiewać, a potem wraca do domu i nie potrafi tych wzorców komunikacyjnych wykorzystać? W popularnym programie telewizyjnym słuchamy eksperta, który udziela nam wskazówek: „101 sposobów na okazanie miłości małżonkowi”. Wybieramy spośród nich dwa czy trzy, które wydają nam się szczególnie odpowiednie. W efekcie... małżonek nawet nie dostrzega naszych wysiłków. Dajemy sobie spokój z pozostałymi 98 metodami i, zniechęceni, wracamy do codzienności. Tymczasem problem polega na tym, że przeoczyliśmy podstawową prawdę: ludzie mówią różnymi językami miłości.

Prawda, której nie dostrzegamy
Na uniwersytecie studiowałem antropologię. Uczyłem się też lingwistyki, która dzieli języki na kilka głównych grup. Podczas dorastania uczymy się najczęściej języka naszych rodziców, i to on jest naszym pierwszym, ojczystym językiem. Najsprawniej się nim posługujemy. Później możemy się nauczyć innych języków. Im częściej używamy kolejnych języków, tym łatwiej nam to przychodzi. Jeśli zaś prowadzimy z kimś rozmowę w dwóch różnych językach, komunikacja jest bardzo ograniczona. Musimy się posiłkować wskazywaniem palcami, chrząkaniem, rysowaniem lub inscenizowaniem tego, o co nam chodzi. Proces porozumiewania się jest wtedy znacznie utrudniony. Ale różnice językowe są nieodłącznym elementem kultury. Jeśli mamy się skutecznie komunikować ponad podziałami kulturowymi, musimy poznać język ludzi, z którymi chcemy się porozumieć.

Aby wyrazić miłość
Podobnie jest z miłością. Twój język miłości i język, jakim posługuje się twój współmałżonek, mogą się różnić tak bardzo jak chiński i polski. Niezależnie od tego, jak bardzo się starasz wyrazić swoją miłość po polsku, jeśli twój partner rozumie tylko chiński, nigdy nie nauczycie się wzajemnej miłości. Pewien mężczyzna opowiadał mi o swojej żonie: „Mówiłem jej, że jest piękna, że ją kocham, że jestem dumny z tego, że mogę być jej mężem”. Używał języka miłości o nazwie „słowa afirmacji”. Wyrażał swoją miłość – i robił to szczerze – ale ona tego nie rozumiała. Szukała miłości w jego zachowaniu, a tam jej nie dostrzegała. Szczerość to za mało. Jeśli mamy skutecznie komunikować naszą miłość, musimy chcieć się nauczyć ojczystego języka miłości naszego współmałżonka.

Gdzie jesteś, tatusiu?

Lidia Czyż - Gdzie jesteś, tatusiu?

Gagatki, łobuziaki, ancymonki. Różnie ich w slangu nauczycielskim nazywamy. Poprawna pedagogicznie nazwa: uczniowie trudni. Szkolenia z cyklu: „Jak pracować z uczniem trudnym”, „Jak utrzymać dyscyplinę w klasie” cieszą się wśród pedagogów największą popularnością. Zapewne nie trzeba dowodzić, dlaczego.

Truizmem będzie powiedzenie, że dzieci można podzielić na współpracujące i trudniejsze w wychowaniu. Niedawno spotkałam się z określeniami dzieci ze względu na temperament: aniołki i żywczyki. Każdy człowiek po prostu rodzi się z określoną pulą genów dziedziczonych po przodkach – rodzicach i dziadkach. Trafnie mówi o tym pewna pani psycholog: „Zrobimy, co się da, ale z genami nie powalczymy”. Taka mieszanka genów zostaje umieszczona w pewnym środowisku wychowawczym, jakim jest rodzina. A rodziny, cóż... Zdajemy sobie z tego sprawę – są bardzo różne. Prostą tego konsekwencją jest fakt, że w każdej klasie znajdą się, oprócz dzieci zdyscyplinowanych, także uczniowie, którzy sprawiają nauczycielom kłopoty i problemy. Nie chodzi tu o drobne incydenty typu „Proszę pani, Kacper* mnie uderzył”. Chodzi o poważne, stale występujące negatywne zachowania, które zakłócają pracę wszystkich dzieci i nauczycieli, krzywdzą innych, permanentnie rozbijają tok lekcji.

Pytanie o skutek czy przyczynę?
Naprawdę trudno przeprowadzić zajęcia, gdy już przy wejściu do klasy słyszę: „Proszę pani, Bartek znowu uderzył Filipa i leje mu się krew z nosa! Proszę pani, a Bartek ugryzł Artura na przerwie! Proszę pani, on rozbił moje okulary! Proszę pani, Michał mnie bije! Proszę pani...!”. Po dogłębnym zbadaniu oskarżeń, gdy emocje opadną, wykorzystuję dogodny moment i rozmawiam z winowajcą na osobności. Pytam: „O co chodzi? Dlaczego bijesz Maćka? Dlaczego tak się zachowujesz? Dlaczego rzuciłeś Kubie w twarz kredkami? Dlaczego dziobnąłeś mu w oczy palcami? Dlaczego zniszczyłeś piórnik? Dlaczego...?”. Niektórzy psychologowie dowodzą, że dzieciom nie należy zadawać pytania: „Dlaczego tak postępujesz?”, bo nie potrafią na nie odpowiedzieć. Nawet jeśli okazuje się, że dziecko szuka odpowiedzi i próbuje dojść sedna problemu. Takie pytanie stawia dziecko w miejscu oskarżenia. Dzieci nie zachowują się źle czy agresywnie bez powodu. Najczęściej słyszę odpowiedź: „Bo on mnie zdenerwował!” czy „Bo ona zaczęła!”. Ale wiem, że to już jest skutek, a nie przyczyna problemu. Dociekam więc „głębiej”. Często naprawdę długo musiałam wyciągać, a wtedy kilka razy usłyszałam: „Bo ja nie mam tatusia!”. Takie zdanie mocno dotyka serca.

Życie na fast foodzie

Anna Kłosińska - Życie na fast foodzie

Ulegamy różnego rodzaju modom, w tym również na jedzenie: dieta kopenhaska, dieta Cambridge, dieta tłuszczowa, beztłuszczowa. Tymczasem co do najlepszych sposobów odżywania poinstruował nas sam Bóg: jak karmić ciało, aby nie krępowało i nie utrudniało nam codziennego życia, a szczególnie służby Bogu. Tak, aby niepotrzebnie nie tracić energii na walkę z chorobami związanymi ze złym odżywianiem. Warto pamiętać, że niewłaściwy sposób odżywiania to gorsze wykorzystanie zasobów fizycznych i intelektualnych. Natomiast mądry sposób odżywiania pomaga nam skupić się na tym, co najważniejsze. Wszyscy się gdzieś śpieszymy, gonią nas terminy. Mamy problem, gdy musimy odpocząć. Czynności, które kiedyś wypełniały dosyć znaczącą część życia, choćby takie jak czytanie książek, jedzenie bez pośpiechu, spotkania z rodziną czy przyjaciółmi, są marginalizowane, ponieważ brakuje nam na nie czasu. Może się wydawać, że jesteśmy zaprogramowani na pośpiech, wszystko musimy robić w biegu.

„Fast życie”
Zastępowanie tradycyjnych posiłków frytkami, hamburgerami czy pizzą to element współczesnego stylu życia. W to „fast życie” zupełnie naturalnie wpisują się posiłki typu fast food. Nawet kiedy nie pracujemy, i tak ciągle się śpieszymy. Dzisiaj bardziej niż kiedyś dbamy o zwiększenie swego stanu posiadania. Jemy nie tylko szybciej, ale również więcej. „Troszczą” się też o nas (a przede wszystkim o swoje zyski) producenci żywności. Nie wszystko, co dziś jemy, jest naturalne. Coraz to nowe rośliny są efektem modyfikacji genetycznych, stosuje się ogromne ilości nawozów i środków ochrony roślin. Jednym z powodów jest chęć uzyskania większych plonów w krótszym czasie. Nie natrafimy już raczej na robaka w jabłku czy śliwce, pomidory rzadziej się psują, warzywa i owoce zachwycają barwą i można je kupić przez cały rok. Nie da się jednak ukryć, że nie smakują tak dobrze jak dawniej. Pokolenie naszych dzieci często nie ma możliwości doświadczać naturalnego smaku jedzenia. Nikogo już nie dziwi widok maluchów zajadających frytki czy wielkie buły z tłustym mięsem z restauracji szybkiej obsługi.

Aby uwieść kubki smakowe…
Co kryje się w jadanych powszechnie fast foodach? Przede wszystkim ogromna ilość kalorii, nieproporcjonalna do wartościowych składników odżywczych. Produkty te charakteryzują się tzw. dużą gęstością kaloryczną, czyli znaczną ilością kalorii w małej masie produktu. Ta właściwość odpowiada za nadmierny przyrost masy ciała u tych, którzy polubili fast foody. Wartość odżywcza takiego posiłku jest przy tym bardzo niska. Występują w nim też substancje szkodliwe dla zdrowia.

Królewskie DNA

Rafał Korzeń - Królewskie DNA

„Obfitość” to słowo klucz do zrozumienia jakości życia, o którym mówił Jezus. Pomyłka, którą wielu ludzi popełnia, słysząc słowo „obfitość”, to postawienie znaku równości pomiędzy obfitością a bogactwem. Założenie, że to pieniądze stanowią o życiu w obfitości, jest błędne. To tak, jakbyśmy stwierdzili, że trzymanie w rękach piłki czyni nas zawodowymi piłkarzami. Bogactwo i pieniądze wyznaczają tylko stan zewnętrzny, stan posiadania. Natomiast obfitość życia dotyczy rzeczywistości związanej z tym, co wewnętrzne, naszej tożsamości i sposobu myślenia.

Nieograniczone możliwości
Jezus przyszedł, abyśmy mieli życie i obfitowali (zob. Ew. Jana 10:10), by dać nam życie z nieograniczonymi możliwościami. Jednocześnie sam Jezus ostrzega, że Jego przeciwnik przychodzi po to, aby kraść, zabijać i niszczyć. Przeciwnik Boga ustawicznie pokazuje nam ograniczenia, zakrywa przed nami możliwości i napełnia strachem przed każdą próbą skorzystania z Bożej oferty życia w prawdziwej wolności. Jeśli nasza dusza wejdzie w przestrzeń obfitości, będziemy uczestnikami przebudzenia i wszystkiego tego, co Bóg chce przez nas czynić. Ta przestrzeń to przede wszystkim nowa tożsamość dziecka Bożego i mentalność dziecka Króla. Bóg chce, abyśmy w takiej mentalności dokonywali wyborów. Kluczowy dla nas jest więc proces rozwijania i pielęgnowania sposobu myślenia w duchu obfitości. Wtedy wola Nieba będzie mogła nieprzerwanie się wypełniać tu, na ziemi, zgodnie ze słowami modlitwy: Niech będzie na ziemi wola Ojca, tak jak jest w Niebie. Jeśli chcemy nauczyć się zarządzać zasobami przychodzącymi z Nieba, z Królestwa Bożego, musimy myśleć w duchu obfitości. Ćwiczenie tego sposobu myślenia rozpoczyna się od zrozumienia Bożej definicji obfitości.

Obfitość w Bożym zamiarze
Co do życia w obfitości, Bóg jasno określił swój zamiar dla człowieka już w czasach starotestamentowych. Jako przykład dla wszystkich ludzi na świecie pokazał Izraelowi drogę, która prowadzi do obfitego życia: Jeżeli zaś usłuchasz głosu Pana, Boga twego, i będziesz pilnie spełniał wszystkie jego przykazania, które ja ci dziś nadaję, to Pan, Bóg twój, wywyższy cię ponad wszystkie narody ziemi. I spłyną na ciebie, i dosięgną cię wszystkie te błogosławieństwa, jeżeli usłuchasz głosu Pana, Boga twego. [...] Otworzy Pan przed tobą swój skarbiec dobra, niebiosa, aby dawać deszcz na twoją ziemię w czasie właściwym i aby błogosławić wszelką pracę twoich rąk tak, że będziesz mógł pożyczać wielu narodom, ale ty sam nie będziesz pożyczał (Ks. Powt. Pr. 28:1–2.12). Moglibyśmy zadać pytanie: Czy Bóg wyprowadził naród wybrany z niewoli egipskiej po to, aby za chwilę wprowadzić go w ograniczenia przykazań, które im dał? Nic podobnego. Bóg ustanowił prawa i przepisy w kategoriach obfitości. Boże ustawy i zalecenia to instrukcje, jak czerpać z nieograniczonych zasobów Nieba, a nie zestaw praw, które same w sobie mają nas ograniczać.

Nasza witryna korzysta z plików cookie, które są zapisywane na Twoim komputerze. O celu, warunkach przechowywania lub dostępu do nich możesz przeczytać pod podanym linkiem polityka plików cookies.

Wyrażam zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.